Firma to nie tylko sponsor, a uczelnia to nie supermarket — na tej zasadzie opierają się projekty komercjalizacyjne, w których uczestniczy GE Company Polska. Kluczem do sukcesu we współpracy nauki i biznesu jest wzajemne zrozumienie możliwości i ograniczeń — tłumaczy Marian Lubieniecki, Prezes Zarządu GE.

Koncern GE współpracuje z polską nauką od 2000 roku. Wtedy powstało w Warszawie centrum inżynieryjne o nazwie Engineering Design Center. Wraz z międzynarodowym koncernem stworzył je Instytut Lotnictwa (teraz Sieć Badawcza Łukasiewicz – Instytut Lotnictwa). Aktualnie centrum liczy prawie 1800 pracowników, z czego około 1600 osób to inżynierowie. Firma współpracuje także przy projektach komercjalizacyjnych z uczelniami w całej Polsce, m.in. z Politechniką Warszawską i Politechniką Gdańską. Jak najlepiej budować relacje biznes-nauka, jak komercjalizować naukę – opowiada Marian Lubieniecki, Prezes Zarządu GE..

Co zrobić, żeby współpraca nauki i biznesu układała się dobrze?

Świat biznesu i świat nauki na całym świecie to dwa różne uniwersa. W Polsce musimy jeszcze dalej uczyć się współpracy, bo doświadczenia komercjalizacyjne są krótsze, niż w USA czy Europie Zachodniej. A nie da się inaczej nauczyć, niż w praktyce – “docierając się” między partnerami. Moim zdaniem pierwszym zagadnieniem, któremu warto się przyjrzeć, jest komunikacja. A także wpływające na nią różnice w kulturach organizacyjnych obydwu jednostek. Bez aktywnego dialogu i porozumienia między partnerami ciężko będzie znaleźć źródło tych różnic, po to, by później zbudować kompromis.

Czyli “nie ma lekko” z polskimi projektami komercjalizacyjnymi?

Może być lepiej. Wystarczy, że nie tylko szczera wola współpracy, ale i zrozumienie wzajemnych różnic jest po obu stronach. Uczelnie muszą zdawać sobie sprawę z obostrzeń formalnych i prawnych i wysokich standardów, jakim muszą podlegać korporacje. Te z kolei muszą podchodzić do projektów z pełną świadomością specyfiki działania uczelni. Receptą na taką współpracę jest zburzenie dwóch czołowych stereotypów. Jednym z nich jest przeświadczenie, że przyjdzie losowa firma, zasypie uczelnię pieniędzmi i nie będzie pytać o wyniki. A drugim to, że firma zwróci się do uczelni po gotowe rozwiązanie na “już”, jak w supermarkecie

Po co angażować się we współpracę z polskimi uczelniami, skoro współpraca biznes-nauka nie rozwija się tak intensywnie, jak chciałoby Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego?

Komercjalizacja badań zdecydowanie się opłaca – jak się okazuje – wszystkim stronom. Możemy oprzeć swoje badania na wieloletnich doświadczeniach polskich naukowców. Tworząc innowacyjne technologie i wprowadzając je na rynek, stajemy się nie tylko liczącym partnerem w świecie nauki, ale także gigantem w dziedzinie nowoczesnych rozwiązań. Bez współpracy z uczelniami firma nie byłaby w stanie zgromadzić tak wielkiej liczby specjalistów technicznych pracujących dziś w ramach GE. To dzięki dwudziestoletniej współpracy i systematycznemu budowaniu naukowo-biznesowych relacji jesteśmy w tym miejscu, w którym teraz jesteśmy.

Jednak przecież globalna firma może zlecić badania niemal w każdym miejscu na świecie. Przewagą Polski jest niska cena projektów badawczych?

Już nie. Praca polskiego badacza zajmującego się badaniami technicznymi jest dzisiaj droższa niż włoskiego, nie mówiąc np. o inżynierach z Indii. Zatem decydują głównie kompetencje polskich naukowców i wyposażenie laboratoriów badawczych. Naprawdę na polskich uczelniach i w instytutach badawczych nie mamy powodu do wstydu. Taka firma jak nasza traktuje projekty naukowe jak inwestycję. Pieniądze nie są problemem, jeśli mogą dać znacznie większe oszczędności. A globalna skala działania, to szansa na globalne oszczędności. Chociaż dla polskich uczelni kłopotliwy jest sposób rozliczania projektów z międzynarodowymi firmami.

Problemem jest płynność finansowa polskich instytucji?

Tak. W polskiej nauce brakuje pieniędzy do zainwestowania w projekt, aby spokojnie poczekać na profity. Uczelnie bez doświadczenia we współpracy międzynarodowej często oczekują od firm, by te wpłaciły pieniądze na badania z góry. W globalnych korporacjach obowiązują jednak znacznie dłuższe terminy płatności, sięgające nawet do 90 dni. To jest poważna bariera dla polskich instytucji badawczych.

Co z komercjalizacji — poza pieniędzmi — ma polska nauka?

Nie bagatelizuję kwestii finansowych. Pieniądze są ważne, bo dzięki nim można rozwijać polskie uczelnie. Współpraca z wielkim, międzynarodowym koncernem to okazja do zdobycia naprawdę przyzwoitych pieniędzy. Także pośrednio z budżetu państwa czy projektów unijnych. A co poza finansami? To także możliwość zdobycia doświadczenia w zarabianiu na własnych wynalazkach i szansa na tworzenie najbardziej innowacyjnych rozwiązań dostępnych na polskim rynku. Gdy nauka i biznes łączą swoje możliwości, powstaje efekt synergii. Korzystają na tym nie tylko badacze i wielkie firmy, ale także polska gospodarka.

Czy zatem dzięki komercjalizacji badań ma szansę wzrosnąć międzynarodowa pozycja polskich uczelni?

Tak, ale nie bezpośrednio. Punktowane artykuły naukowe z tego się nie urodzą. Trzeba pamiętać, że zwykle w takich projektach korporację obowiązują klauzule poufności. To uniemożliwia badaczom jednoczesne zarabianie na komercjalizacji i zbieranie materiałów do badań naukowych. Ważniejsze jest zdobywanie doświadczenia przy kolejnych badaniach, zdobywanie międzynarodowego doświadczenia, rozwijanie komunikacji w języku angielskim. A jak wiemy, bez tych kompetencji, trudno o podnoszenie poziomu polskiej nauki.

Dlaczego tak ważne są bezpośrednie relacje?

Korporacje muszą podporządkować się prawu i licznym, wypracowanym przez lata procedurom, których nie mogą zmienić, żeby zrealizować projekt na polskiej uczelni. Dlatego przy rozpoczęciu współpracy ważne są kontakty na poziomie decyzyjnym, żeby uzgodnić warunki współpracy, które uwzględniają specyfikę GE Company Polska i uczelni, z którą rozmawiamy. Mamy kontakty robocze nie tylko z rektorami, szefami katedr i dziekanami, ale także na poziomie zespołów projektowych. Spotykamy się zarówno z liderami zespołów, jak i ze studentami. Bez wzajemnego zaufania nie bylibyśmy w stanie nic zdziałać.

O co powinna zadbać uczelnia jeszcze zanim zabierze się za komercjalizację?

Warto przejrzeć międzynarodowe akredytacje — te posiadane i te, o które może zapytać potencjalny partner biznesowy. Dodatkową wyzwaniem dla globalnych korporacji jest kwestia posiadania przez uczelnię certyfikatów międzynarodowych adekwatnych do swojego obszaru badań. Przy projektach GE weryfikujemy na przykład, czy uczelnia ma certyfikat jakości dla laboratoriów badawczych ISO 17025. Ze względu na specyfikę branży interesuje nas także potwierdzenie spełniania norm, takich jak STM. – Amerykańskiego Stowarzyszenie Badań i Materiałów (ASTM), kalibracja Automatycznych Systemów Monitoringu (AMS) czy normy Amerykańskiego Stowarzyszenia Inżynierów Samochodowych (SAE). Jeśli uczelnia nie posiada certyfikatów wymaganych na poziomie globalnym — mimo najszczerszych chęci polski oddział korporacji nie zdecyduje się na współpracę.

Czy uczelniana biurokracja jest problemem?

Bywa, ale jest coraz lepiej. Chociaż zdarza się, że badacze muszą przejść skomplikowaną ścieżkę formalną, nim będą mogli nawiązać współpracę z dużą firmą. W ramach uczelni, które są jednostkami publicznymi, sama chęć prowadzenia innowacyjnych badań nie wystarczy. Decyzje, budżety i kadry muszą być zatwierdzone przez samego rektora.

A jak jest ze znajomością języka angielskiego na polskich uczelniach?
Polscy naukowcy, z którymi rozmawiamy o współpracy, z reguły doskonale znają język angielski. Podczas realizacji projektu bez problemu są w stanie komunikować się ze współpracownikami z zagranicy. Jeśli miałbym wskazać obszar do poprawy, to posługiwanie się językiem angielskim w analizach technicznych i sprawozdaniach przez część polskich badaczy. Bywa, że wyniki badań trzeba zlecić profesjonalnym tłumaczom. A to nie tylko dodatkowe koszty, ale i kłopot organizacyjny.

Co może być przeszkodą nie do pokonania z Państwa strony?

Problemy z BHP. Wielkie firmy ze względów prawnych nie mogą podpisać umowy z uczelnią, jeśli ta nie spełni wszystkich, często bardzo restrykcyjnych, zasad BHP obowiązujących w korporacji. Wysokie standardy i obostrzenia, którym podlegają firmy, są wypracowywane przez lata, by ograniczyć ryzyko związane z wypadkami przy pracy i innymi nieprzewidzianymi zdarzeniami. Dlatego, jeśli trafią na współpracownika, który nie przestrzega tych zasad, np. pracuje przy obrabiarce bez osłony lub na komputerze bez obudowy, są zmuszone się wycofać. Na szczęście na uczelniach, z którymi rozmawiamy, nie jest to zjawisko masowe.

Dziękuję za rozmowę

Dziękuję bardzo.

Rozmawiał Sebastian Szczęsny

Masz jakieś pytania? Wątpliwości? Szukasz wsparcia w komercjalizacji badań naukowych na swojej uczelni lub instytucie badawczym? Chcesz promować aktywność R&D  swojej korporacji? Napisz do autora: s.szczesny@efekty.net